Pòréńczny deszcz, dzéwczëca górz i stôri babę tuńc robią wnet kùńc.
Deszcz ranny, gniew panny i taniec starej baby niedługo trwają.
XXI wiek rozpoczął nowy etap w życiu mieszkańców naszego kraju. 1 maja 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej. Dla naszego państwa oznaczało to udział w projektach i funduszach europejskich, dzieki którym rozpoczęliśmy rozwój wielu dziedzin technologii, komunikacji, nauki, rolnictwa, a takze turystyki.
Pojawiły się możliwości wyjazdów do krajów Unii Europejskiej. Polacy zawsze ciekawi świata chętnie korzystali z nowych możliwości.
Latem 2005 roku z dwójką rodzinnych nastolatków wybrałam się do Hiszpanii, gdzie w okolicy Malagi zarezerwowalismy niedrogi nocleg. Szukając taniego przelotu trafiliśmy na samolot z Katowic do Barcelony. Jednak transport okazał się cenowo bardzo atrakcyjny tylko w jedną stronę.
Zaryzykowaliśmy, licząc na załatwienie taniego transportu powrotnego w Hiszpanii.
6 sierpnia, po przylocie z Katowic do Barcelony nocowaliśmy w akademiku, w miasteczku uniwersyteckim. Miasteczko było bardzo przestrzenne, zabudowane nowoczesnymi budynkami. Pokoje akademickie były podobne do apartamentów turystycznych, chociaż nieco gorzej wyposażone i trochę zniszczone przez studentów. Każdy apartament składał się z 2 pokoi z 2 łóżkami, łazienki, kuchni i saloniku z wyjściem na taras. Łóżka, stoły i krzesła były metalowe i na stałe przytwierdzone do podłogi. Kuchnia i łazienka były wyposażone w niezbędne sprzęty i akcesoria typu garnki, ręczniki, środki czystosci. Polskie akademiki w tym czasie reprezentowały znacznie gorszy standard.
Recepcję stanowił ochroniarz, który co godzina cały teren objeżdżał samochodem.

7 sierpnia zwiedzanie Barcelony zaczęliśmy od przejazdu metrem na ulicę Rambla w centrum. Jest to deptak, na którym dzieją się najdziwniejsze rzeczy - ludzie wystawiali mini przedstawienia, stały najrozmaitsze figury z ludzi, odbywały się koncerty, handlowano roślinami, zwierzakami i ptakami. Całość otoczona jest secesyjnymi kamienicami, kafejkami, rosną platany. Tą ulicą doszliśmy do portu, który obudowany jest pięknymi alejami, pomnikami, pomostami itp. Najbardziej spodobał się nam pomnik Krzysztofa Kolumba. Po spacerze metrem pojechaliśmy do katedry Sagrada Familia. Potężna budowla, wykorzystująca przyrodnicze wzorce oszołomiła nas ogromem i formą przedsięwzięcia. Zwiedzanie katedry oraz Muzeum Gaudiego, architekta, który jest autorem wielu bardzo oryginalnych dzieł architektonicznych zajęło nam ponad 3 godziny. Spacerując, zwiedzaliśmy Barcelonę. Wieczorem pojechaliśmy autobusem do Malagi. Trasa Barcelona - Malaga drogą ekspresową nad morzem liczy ponad 900 km, autostradą, przez tereny górskie - ponad 1100 km. Nasz autobus jechał nadmorską trasą Via Mediterranea, łączącą miasta południowej Francji, Katalonię, Walencję, Murcję, Alicante, Malagę z Algeciras na południowo - zachodnim wybrzeżu Hiszpanii.
8 sierpnia o 10-tej rano przyjechalismy do Malagi. Z Malagi po przebyciu kolejnych 30 km autobusem dotarlismy do Fuengiroli, urokliwego miasteczka niedaleko celu naszej podróży. Z Fuengiroli do ośrodka turystycznego w Mijas doszliśmy pieszo, brzegiem morza. Rozpoczeliśmy wakacyjny wypoczynek w pięknej okolicy. Andaluzja jest regionem, gdzie pasma górskie sąsiadują z nadmorskimi plażami. Najwyższym szczytem pasma Sierra Nevada jest Mulhacen - 3478m npm. Niedaleko od Mijas, na wzgórzu jest położony zamek pochodzący z czasów, gdy Hiszpanię zajmowali Arabowie. W mieście znajdują się także zabytki pochodzące z czasów rzymskich. Podczas naszego pobytu w Mijas dużo spacerowaliśmy, zwiedzaliśmy okolice, odkryliśmy wiele nowych i ciekawych miejsc. Korzystaliśmy z kąpieli morskich i basenowych. Oglądaliśmy występy Flamenco, występy grup tanecznych i muzycznych. Uczestnik naszej wycieczki, wielbiciel koni codziennie chodził do lokalnej stadniny i rozmawiał z 33 końmi i osłem. Zaprzyjaźnił się chyba z obsługą, bo prezentowali mu nawet różne sztuczki na koniach. Podczas pobytu w Mijas próbowaliśmy zakupić bilety powrotne do Polski, jednak okazało się to bardziej skomplikowane i kosztowne, niż się spodziewaliśmy. W związku z tym zdecydowaliśmy się na powrót pociągami, które ze względu na zniżki uczniowskie dla nastolatków okazały się najtańszym transportem.
14 sierpnia - wyjechalismy z Mijas do Malagi, a następnie przez góry Sierra Newada do Bobadilla, potem do Grenady i do Madrytu. Przejazd był niezmiernie malowniczy. Zaliczyliśmy nocne zwiedzanie Madrytu. Nocleg w Madrycie mieliśmy darmowy na monitorowanej ławce koło dworca Atocha. Obok była olbrzymia dyskoteka, ale nie zaglądaliśmy tam.
15 sierpnia przejechaliśmy z Madrytu do Saragossy przez Guadalaharę. Obydwie miejscowości leżą na pustyni. Krajobrazy były niesamowite. Z Saragossy pojechaliśmy w Pireneje do miejscowości Jaca czyt. Haka. Jest to bardzo stara miejscowość w górach. Pełno w niej zabytkowych twierdz, kościołów i malowniczych miejsc. Z Jaca jechaliśmy przez góry do jeszcze wyżej położonego Canfranc - czyt. Kanfran. Canfranc jest położone w wąwozie otoczonym olbrzymimi, majestatycznymi górami. Wrażenie było wprost niesamowite. Czuliśmy się trochę jak krasnoludki w olbrzymim Kufrze. Nawet czas biegł tam wolniej. W tym miejscu wszystko
zyskało inny wymiar, a sprawy ludzkie stały się śmieszną błahostką wobec górskiego majestatu i potęgi natury. Tutaj spędziliśmy noc w tanim schronisku młodzieżowym, którego standardu lepiej nie określać. Do Canfranc można dojechać pociągiem, ale był to ostani przystanek w Hiszpanii. Dalej pociągi nie jeździły w tamtym czasie. Aktualnie podobno przywrócono trasę kolejową i można dojechać pociągiem dalej, do Francji.

16 sierpnia z Canfranc przez granicę hiszpańsko - francuską pojechaliśmy kilkunastoosobowym busem do Pau we Francji. Przejazd przez Pireneje obfitował w widoki oraz wrażenia jedyne w swoim rodzaju. Pirenejskie drogi są bardzo malownicze, ale kręte i dosyć wąskie, ze skalnymi ścianami i przepaściami po stronie przeciwnej. Błąd kierowcy mógłby spowodować groźny wypadek. Nasz kierowca był sympatyczną panią i szczęśliwie dojechaliśmy do Pau, które jest położone niedaleko Lourdes. W Lourdes jest sanktuarium zbudowane nad miejscem, gdzie w 1858 roku św. Bernadetcie, gdy miała 13 lat ukazywała się Matka Boska w grocie u podnóża Pirenejów. Tam też znajduje się źródło przepysznej wody, podobno o cudownych właściwościach. Korzystaliśmy z tego naturalnego dobra obficie. W Lourdes było mnóstwo ludzi z całego świata. Najwięcej było Hindusów. Wodę lali do 20- to litrowych pojemników. Nie wuobrażam sobie jak to wieźli do Indii. Obok sanktuarium jest droga krzyżowa z figurami naturalnej wielkości. We trójkę przeszliśmy tą trasę, częściowo nawet na kolanach. Hindusi całość trasy pokonywali boso, po kłującym żwirze. Wieczorem na modlitwę zbierali się chorzy, inwalidzi. wszyscy korzystali z kąpieli basenowych, nabierali wodę do pojemników. Wraz z rzeszą pielgrzymów przeszliśmy wzdłuż groty, dotykając jej ścian. Lourdes zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Przebywanie w tym świętym miejscu było wielkim przeżyciem duchowym i religijnym.
W Lourdes są przepiękne kościoły i zamek z XIV wieku.
Miejscówkę noclegową mieliśmy luksusową, każdy na swojej ławce naprzeciwko groty, z dostępem do nieograniczonej ilości wody najlepszej w Europie. Przez całą dobę otwarte były ogólnodostępne łazienki z toaletami i prysznicami. Mogliśmy dowolnie korzystać z uzdrawiających kąpieli.

17 sierpnia - po nocy spędzonej naprzeciwko groty w Lourdes udaliśmy się na dworzec. Niestety nie zdążyliśmy na pociąg, który jechał z Lourdes do Kolonii, wioząc młodzież na spotkanie z okazji XX Światowych Dni Młodzieży z Papieżem Benedyktem XVI do Kolonii w Niemczech. Zatem następnym pociągiem o 5 rano pojechaliśmy do Tuluzy. Tu słuszne okazało sie twierdzenie - kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Do Tuluzy jechaliśmy za darmo. Tuluza nie zrobiła na nas dobrego wrażenia chociaż jest dość starym miastem. Z Tuluzy pojechaliśmy do Nimes. Jest to miasto, którego historia sięga starożytności i czasów rzymskich. W centrum znajduje się arena w stylu Kolosseum, gdzie do dnia dzisiejszego odbywają się corridy. Jest to centrum kultu byka i walk z bykami na południu Francji. Historia Nimes ma powiązania z kulturą kreteńską, czyli jeszcze starszą niż rzymska. Z Nimes pojechaliśmy do Lyonu. Podróż była bardzo nieprzyjemna, zatłoczonym pociągiem. Lyon jest ośrodkiem przemysłowym. W mieście spotkaliśmy dużo osób pochodzących spoza Europy, niestety bardzo nieprzyjemnych w obyciu. Wyszliśmy z dworca tylko na chwilę, ale wrażenia nie były przyjemne i szybko pojechaliśmy dalej, do Dijon. Noc spędziliśmy na dworcu w poczekalni, której tam nie zamykano na noc. Razem z nami było kilkoro podróżnych różnych nacji, ale nie starali się nawiązywać kontaktu. Dijon położone bardziej na północ w czasie naszej wyprawy było ośrodkiem, gdzie nie zatrzymywali się przybysze spoza Europy.
18.sierpnia wyjechaliśmymy z Dijon do Metz przez Nancy. Metz leży blisko granicy z Niemcami, jest ośrodkiem handlowo - przemysłowym. Przejazd przez Francję, począwszy od Tuluzy aż do Metz był kosztowny i nieprzyjemny. Francuzi z południa okazali się nieprzychylni turystom, wręcz wrogo nastawieni. Wszędzie było dużo policji uzbrojonej w broń krótką i długą. Nawet kontrolerzy w pociągach byli uzbrojeni. Z Metz pojechaliśmy do Saarbrucken w Niemczech. Ogarnęła nas przyjemna atmosfera luzu, taniej żywności i sympatia ludzi. Saarbrucken jest ośrodkiem bardzo uprzemysłowionym, gdzie przerabia się rudy żelaza.

Po drodze oglądaliśmy przeróżne urządzenia przemysłowe, które wywarły na nas niesamowite wrażenie. Podróż przez Niemcy była znacznie tańsza i bardzo sympatyczna. Przejeżdżaliśmy przez mnóstwo starych miast niemieckich, w tym przez Koblencję i Bonn. Jechaliśmy pociągiem wzdłuż Renu.
Dolina Renu jest przepiękna. Wzdłuż rzeki ciągną się góry niewysokie, porośnięte uprawami winorośli i drzewami. Na szczytach gór znajdują się ruiny fortec, zameczki. Podczas naszego przejazdu widzieliśmy prom, którym papież Benedykt XVI odbywał rejs wzdłuż Renu. Płynąc promem, papież pozdrawiał i błogosławił osoby stojące na brzegu lub podróżujące wzdłuż Renu.Wieczorem dojechaliśmy do Kolonii. Na dworcu panował tłok i chaos, jakiego jeszcze nie spotkaliśmy dotychczas. Straszliwy zamęt siały grupy młodzieży bez opiekunów. Rzucali butelkami z góry na osoby wchodzące i schodzące z peronów. Na peronach było mnóstwo młodzieży z różnych krajów.
Jacyś Rosjanie wołali, żebyśmy nie szli do miasta. Pomimo ostrzeżeń zdecydowaliśmy się wyjść. Okolica dworca wyglądała strasznie - jak po bitwie. Wszędzie było pełno śmieci, powylewanych napojów, policja, wojsko. Zauważyliśmy grupy z biało - czerwonymi chorągwiami. Zapytaliśmy ich o to, co się dzieje. Byli strasznie skołowani. Jakiś ksiądz zaproponował, żebyśmy z nimi wracali. tak też uczyniliśmy. Grupa była z Warszawy - nocowali w Hilden, koło Dusseldorfu i nam również załatwili nocleg, pomimo, że pora była bardzo późna ok.24-tej. Sympatyczny gospodarz z Hilden przyjechał po nas na dworzec i zawiózł nas do swojej bardzo serdecznej rodziny. Oni czekali na nas z kolacją i spaniem. Bardzo u nich wypoczęliśmy. Do dzisiaj jestem im bardzo wdzięczna, bo gościli nas i opiekowali się nami przez 3 dni, prawie nas nie znając.

19 sierpnia. - dzień spędziliśmy na kościelnych refleksjach i modlitwach, wspólnych śpiewach z grupą, do której dołączyliśmy. Było to niesamowite przeżycie i dało nam dużo do myślenia. Wieczorem uczestniczyliśmy w drodze krzyżowej odprawianej na sposób niemiecki, co dla nas było całkowitym zaskoczeniem. Ich modlitwa nie była dramatyczna, jak w naszym kościele, ale radosna, bo jak stwierdzili, droga krzyżowa pomimo, że tragiczna, to prowadzi do zbawienia, czyli radości. Niektórzy Polacy byli zgorszeni takim podejściem do tego tematu w religii.
Mieliśmy zamiar jechać do Kolonii, ale na peronach z pociągami w tym kierunku panował straszliwy zamęt. Poprzestaliśmy więc na zwiedzaniu Dusseldorfu i Hilden. Przechodząc obok dworca zauważyliśmy autobusy jadące do Polski. Młodzi uczestnicy naszej wyprawy wyczaili biuro sprzedające bilety do Polski. Okazało się, że na niedzielę, poniedziałek i wtorek nie było już biletów. Były natomiast 3 ostatnie miejsca na sobotnie popołudnie. Kupiliśmy te bilety.
20 sierpnia rano byliśmy na mszy dziękczynnej, podczas której pożegnaliśmy się z naszymi niemieckimi gospodarzami. Przez cały czas naszego pobytu byli dla nas bardzo mili i sympatyczni. Znowu nasze zamiary wyjazdu do Kolonii zakończyły się na peronie dworcowym, gdzie panował straszliwy tumult. Pozostaliśmy w Dusseldorfie, który jest także pięknym miastem i ma dużo ciekawych obiektów do zwiedzania. Z dworcem graniczy uniwersytet Goethego, gdzie uczy się sporo Polaków. Na dworcu, czekając na autobus do Polski poznaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi z róznych stron świata, m.in. księdza z Nigerii, który opowiedział nam o problemach, z jakimi musi mierzyć się młodzież z jego kraju żeby zdobyć wykształcenie i godnie żyć.
O 16.45 w sobotę wyjeżdżaliśmy do Polski. Byliśmy w domu ok.12 - tej w niedzielę. Nasze rodziny były szczęśliwe widząc nas zdrowymi, pełnymi przeżyć typowo turystycznych, ale także duchowych. Dla naszych krewnych jako pamiątki przywieźliśmy wodę z Lourdes.Wyprawa, która wiodła początkowo tylko w jedną stronę okazała się dla nas wyjątkowym przeżyciem, dostarczając niezatartych wrażeń emocjonalnych, kulturowych, religijnych. Poznaliśmy wielu życzliwych ludzi, którzy na zawsze zapisali sie w naszej pamięci i których będziemy wspominać z wielką sympatią.

Gminny Ośrodek Kultury Sportu i Rekreacji w Chmielnie zaprasza grupy zorganizowane na Wakacyjne Warsztaty "Kaszubskie Klimaty".
Camping położony jest nad brzegiem Jeziora Ostrzyckiego - jednego z najciekawszych akwenów wodnych na terenie Szwajcarii Kaszubskiej, w atrakcyjnej turystycznie miejscowości Ostrzyce.
Nowoczesny camping malowniczo położony przy lesie nad jeziorem Kłodno w odległości 2 km od Chmielna.
Camping położony jest nad brzegiem Jeziora Przywidzkiego otoczonego lasami bukowymi.
głębokość maksymalna 15,7 m
długość 3 km
szerokość 0,7 km
Odwiedza nas 161 gości oraz 0 użytkowników.
