Wydrukuj tę stronę
wtorek, 29 wrzesień 2026 21:27

Wakacyjny bilet w jedną stronę

Autor: 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Sagrada Familia 2005 Sagrada Familia 2005 M.Kostuch

   XXI wiek rozpoczął nowy etap w życiu mieszkańców naszego kraju. 1 maja 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej. Dla naszego państwa oznaczało to udział w projektach i funduszach europejskich, dzieki którym rozpoczeliśmy rozwój wielu dziedzin technologii, komunikacji, nauki, rolnictwa, a takze turystyki.

Pojawiły się możliwości wyjazdów do krajów Unii Europejskiej. Polacy zawsze ciekawi świata chętnie korzystali z nowych możliwości.

Latem 2005 roku z dwójką rodzinnych nastolatków wybrałam się do Hiszpanii, gdzie w okolicy Malagi zarezerwowalismy niedrogi nocleg. Szukając taniego przelotu trafiliśmy na samolot z Katowic do Barcelony. Jednak transport okazał się cenowo bardzo atrakcyjny tylko w jedną stronę.

Zaryzykowaliśmy, licząc na załatwienie taniego transportu powrotnego w Hiszpanii.

6 sierpnia, po przylocie z Katowic do Barcelony nocowaliśmy w akademiku, w miasteczku uniwersyteckim. Miasteczko było bardzo przestrzenne, zabudowane nowoczesnymi budynkami. Pokoje akademickie były podobne do apartamentów turystycznych, chociaż nieco gorzej wyposażone i trochę  zniszczone przez studentów.  Każdy apartament składał się z 2 pokoi z 2 łóżkami, łazienki, kuchni i  saloniku z wyjściem na taras. Łóżka, stoły i krzesła były metalowe i na stałe przytwierdzone do podłogi. Kuchnia i łazienka były wyposażone w niezbędne sprzęty i akcesoria typu garnki, ręczniki, środki czystosci. Polskie akademiki w tym czasie reprezentowały znacznie gorszy standard. 
Recepcję stanowił ochroniarz, który co godzina cały teren objeżdżał samochodem.

 

 


7 sierpnia zwiedzanie Barcelony zaczęliśmy od przejazdu metrem na ulicę Rambla w centrum. Jest to deptak, na którym dzieją się najdziwniejsze rzeczy - ludzie  wystawiali mini przedstawienia, stały najrozmaitsze figury z ludzi, odbywały się koncerty, handlowano roślinami, zwierzakami i ptakami. Całość otoczona jest  secesyjnymi kamienicami, kafejkami, rosną platany. Tą ulicą doszliśmy do portu, który obudowany jest pięknymi alejami, pomnikami, pomostami itp.  Najbardziej spodobał się nam pomnik Krzysztofa Kolumba. Po spacerze metrem pojechaliśmy do katedry Sagrada Familia  Potężna budowla, wykorzystująca przyrodnicze wzorce oszołomiła nas ogromem i formą przedsięwzięcia. Zwiedzanie katedry oraz  Muzeum Gaudiego, architekta, który jest autorem wielu bardzo oryginalnych dzieł architektonicznych zajęło nam ponad 3 godziny. Spacerując, zwiedzaliśmy Barcelonę. Wieczorem pojechaliśmy autobusem do Malagi. Trasa Barcelona - Malaga drogą ekspresową nad morzem liczy ponad 900 km, autostradą, przez tereny górskie - ponad 1100 km. Nasz autobus jechał nadmorską trasą Via Mediterranea, łączącą miasta południowej Francji, Katalonię, Walencję, Murcję, Alicante, Malagę z Algeciras na południowo - zachodnim wybrzeżu Hiszpanii.

8 sierpnia o 10-tej rano przyjechalismy do Malagi. Z Malagi po przebyciu kolejnych 30 km autobusem dotarlismy do Fuengiroli, urokliwego miasteczka niedaleko celu naszej podróży. Z Fuengiroli  doszliśmy do ośrodka w Mijas doszliśmy pieszo, brzegiem morza. rozpoczeliśmy wakacyjny wypoczynek w pięknej okolicy. Andaluzja jest regionem, gdzie pasma górskie sąsiadują z nadmorskimi plażami. Najwyższym szczytem pasma Sierra Nevada jest Mulhacen - 3478m npm.  Niedaleko od Mijas, na wzgórzu jest położony zamek pochodzący z czasów, gdy Hiszpanię zajmowali Arabowie. W mieście znajdują się także zabytki pochodzące z czasów rzymskich.   Podczas naszego pobytu w Mijas dużo spacerowaliśmy, zwiedzaliśmy okolice, odkryliśmy wiele nowych i ciekawych miejsc.  Korzystaliśmy z kąpieli morskich i basenowych. Oglądaliśmy występy Flamenco, występy grup tanecznych i muzycznych. Uczestnik naszej wycieczki, wielbiciel koni codziennie chodził  do lokalnej stadniny i  rozmawiał z 33 końmi i osłem. Zaprzyjaźnił się chyba z obsługą, bo prezentowali mu nawet różne sztuczki na koniach.

14.08. - wyjazd z Malagi przez góry Sierra Newada do Bobadilla, potem Grenady i do Madrytu. Przejazd był niezmiernie malowniczy. Nocleg w Madrycie na  monitorowanej ławce koło dworca Atocha. Obok była olbrzymia dyskoteka, ale nie wchodziliśmy tam.

15.08. - przejazd do Saragossy przez Guadalaharę. Obydwie miejscowości leżą na pustyni. Krajobraz był niesamowity. Z Saragossy pojechaliśmy w Pireneje do  miejscowości Jaca czyt. Haka. Jest to bardzo stara miejscowość w górach. Pełno w niej zabytkowych twierdz, kościołów i malowniczych miejsc. Z Jaca
jechaliśmy  przez góry do jeszcze wyżej położonego Canfranc - czyt. Kanfran. Canfranc jest położone w wąwozie otoczonym olbrzymimi, majestatycznymi górami. Wrażenie było  wprost niesamowite. Czuliśmy się trochę jak krasnoludki w olbrzymim Kufrze. Nawet czas biegł tam wolniej. W tym miejscu wszystko
zyskało inny wymiar, a  sprawy ludzkie stały się po prostu śmieszną błahostką wobec górskiego majestatu i potęgi natury. Tutaj spędziliśmy noc.

16.08. - z Canfranc pojechaliśmy do Pau, gdzie spotkała mnie nieprzyjemna przygoda w toalecie. Przejazd przez Pireneje wymagałby oddzielnego opisu, więc nie  będę przynudzać. Z Pau dojechaliśmy do Lourdes. W Lourdes jest sanktuarium zbudowane nad miejscem, gdzie  św. Bernadetcie ukazywała się matka Boska
w grocie  u podnóża Pirenejów. Tam też znajduje się źródło przepysznej wody, podobno o cudownych właściwościach. Korzystaliśmy z tego obficie. W Lourdes było mnóstwo  ludzi z całego świata. Najwięcej było Hindusów. Wodę lali do 20- to litrowych pojemników. Nie wuobrażam sobie jak to wieźli do
Indii. Obok sanktuarium  jest droga krzyżowa z figurami naturalnej wielkości. Ja i Przemek przeszliśmy tą trasę. Przemek nawet fragment na kolanach. Hindusi całość szli boso, po  kłującym żwirze. Lourdes zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Są w nim 2 przepiękne kościoły i stare zamczysko.
Spędziliśmy noc, każdy na swojej ławce  naprzeciwko groty.

17.08 - po nocy spędzonej naprzeciwko groty w Lourdes udaliśmy się na dworzec. Pojechaliśmy do Tuluzy pierwszym pociągiem o 5 rano. Tu słuszne okazało sie twierdzenie - kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Do Tuluzy jechaliśmy za darmo. Tuluza nie jest zbyt ciekawym miastem, chociaż dość starym. Z Tuluzy
jechaliśmy do Nimes. Jest to miasto, którego historia sięga starożytności i czasów rzymskich. W centrum znajduje się arena w stylu Kolosseum, gdzie do dnia dzisiejszego odbywają się corridy. Jest to centrum kultu byka i walk z bykami na południu Francji. Historia Nimes ma powiązania z kulturą kreteńską, czyli jeszcze starszą niż rzymska. Z Nimes pojechaliśmy do Lyonu. Podróż była bardzo nieprzyjemna, zatłoczonym pociągiem. Lyon jest ośrodkiem przemysłowym. W mieście jest dużo kolorowych mieszkańców, bardzo nieprzyjemnych w obyciu. Wyszliśmy z dworca tylko na chwilę, ale wrażenia nie były przyjemne i szybko pojechaliśmy dalej, do Dijon. Noc spędziliśmy na dworcu w poczekalni, której tam nie zamykano na
noc. Razem z nami było kilkoro podróżnych różnych nacji, ale nie starali się nawiązywać kontaktu. Dijon położone bardziej na północ jest ośrodkiem bardziej kulturalnym niż Lyon lub Nimes.

18.08. - wyjeżdżamy z Dijon do Metzu przez Nancy. Metz leży blisko granicy z Niemcami, jest ośrodkiem handlowo - przemysłowym. Przejazd przez Francję, począwszy od Tuluzy aż do Metz był bardzo kosztowny i nieprzyjemny. Francuzi z południa są bardzo nieprzychylni turystom, wręcz wrogo nastawieni. Wszędzie było dużo policji uzbrojonej w broń krótką i długą. Nawet kontrolerzy w pociągach byli uzbrojeni. Z Metz
pojechaliśmy do Saarbrucken w Niemczech. Ogarnęła nas przyjemna atmosfera luzu, taniej żywności i sympatia ludzi. Saarbrucken jest ośrodkiem bardzo uprzemysłowionym, gdzie przerabia się rudy żelaza. Po drodze oglądaliśmy przeróżne urządzenia przemysłowe, które wywarły na nas niesamowite wrażenie. Podróż przez Niemcy była znacznie tańsza i bardzo sympatyczna. Przejeżdżaliśmy przez mnóstwo starych miast niemieckich, w tym przez Koblencję i Bonn. Jechaliśmy pociągiem wzdłuż Renu.
Dolina Renu jest przepiękna. Rzeka - wzdłuż ciągną się góry niewysokie, porośnięte uprawami winorośli i drzewami. Na szczytach gór znajdują się ruiny fortec, zameczki. Podczas naszego przejazdu widzieliśmy prom, którym papież Benedykt XVI odbywał wycieczkę wzdłuż Renu.Wieczorem, po podróży wzdłuż Renu dojechaliśmy do Kolonii. Na dworcu panował tłok i chaos, jakiego jeszcze nie spotkaliśmy dotychczas. Straszliwy zamęt siała młodzież francuska. Rzucali butelkami z góry na osoby wchodzące i schodzące z peronów.
Jacyś Rosjanie wołali, żebyśmy nie szli do miasta. Pomimo ostrzeżeń zdecydowaliśmy się wyjść. Okolica dworca wyglądała strasznie - jak po bitwie. Wszędzie było pełno śmieci, powylewanych napojów, policja, wojsko. Zauważyliśmy grupy z biało - czerwonymi chorągwiami. Zapytaliśmy ich o to, co się dzieje. Byli strasznie skołowani. Jakiś ksiądz zaproponował, żebyśmy z nimi wracali. tak też uczyniliśmy. Grupa była z
Warszawy - nocowali w Hilden, koło Dusseldorfu i nam również załatwili nocleg, pomimo, że pora była bardzo późna ok.24-tej. Jakiś Niemiec przyjechał po nas na dworzec i zawiózł nas do bardzo sympatycznej rodziny. Oni czekali na nas z kolacją i spaniem. Bardzo u nich wypoczęliśmy. Jestem im bardzo wdzięczna, bo gościli nas przez 3 dni, prawie nas nie znając.


19.08. - ten dzień spędziliśmy na kościelnych refleksjach i modlitwach, wspólnych śpiewach z grupą, do której dołączyliśmy. Było to niesamowite przeżycie i dało nam dużo do myślenia.
Wieczorem uczestniczyliśmy w drodze krzyżowej odprawianej na sposób niemiecki, co dla nas było całkowitym zaskoczeniem. Ich modlitwa nie była dramatyczna, jak w naszym kościele, ale radosna, bo jak stwierdzili, droga krzyżowa pomimo, że tragiczna, to prowadzi do zbawienia, czyli radości. Niektórzy Polacy byli zgorszeni takim podejściem do tego elementu religii.
Mieliśmy zamiar jechać do Kolonii, ale na peronach z pociągami w tym kierunku panował straszliwy zamęt. Poprzestaliśmy więc na zwiedzaniu Dusseldorfu i Hilden. Przechodząc obok dworca zauważyliśmy autobusy jadące do Polski. Przemek i Monika wyczaili biuro sprzedające bilety do Polski. Okazało się, że na
niedzielę, poniedziałek i wtorek nie było już biletów. Były natomiast 3 ostatnie miejsca na sobotę popołudnie. Kupiliśmy te bilety.

20.08. - Rano byliśmy na mszy pożegnalnej, podczas której pożegnaliśmy się z naszymi niemieckimi gospodarzami. Przez cały czas byli dla nas bardzo mili i sympatyczni. Znowu nasz wyjazd do Kolonii zakończył się na peronie dworcowym, gdzie był straszliwy tumult. Pozostaliśmy w Dusseldorfie, który jest
także pięknym miastem nad Renem i ma dużo ciekawych obiektów do zwiedzania. Z dworcem graniczy uniwersytet Goethego, gdzie uczy się sporo Polaków. Na dworcu, czekając na autobus do Polski poznaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi, m.in. księdza z Nigerii.
O 16.45 wyjeżdżaliśmy do Polski. Byliśmy w domu ok.12 - tej w  niedzielę.

Czytany 13 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 29 wrzesień 2026 23:26
Administrator

Redakcja

Najnowsze od Administrator

Artykuły powiązane